• Home
  • Zadania
  • Wyświetlenie artykułów z etykietą: Polska

"Nie rozumiem dlaczego w tym przypadku akurat płeć jest uprzywilejowana. A jeśli ktoś czuje się królikiem, kotem, Napoleonem albo cesarzem, to dlaczego rząd nie ułatwi mu zmiany tożsamości, nie da okresu próbnego, aby sprawdził, czy rzeczywiście jest tym królikiem albo Napoleonem?" - zastanawia się w rozmowie z Fronda.pl prof. Krystyna Pawłowicz.

W projekcie aż roi się od dziwacznych procedur, które mogą nastręczać niezliczonych problemów prawnych, finansowych, etc. Ministerstwo Sprawiedliwości przewiduje, że jeśli ktoś czuje płeć inną, niż ma zapisaną w metryce, może zgłosić się do komisji lekarskiej, a ta wyznaczy okres próby, czyli tzw. test realnego życia. Osoba taka otrzyma dokument potwierdzający jej próbną tożsamość, a ja się zastanawiam, jak w tym okresie próbnym należy ją traktować. Zgodnie z płcią, jaką ma zapisaną w metryce czy tą, jaką czuje? Załóżmy, że mamy do czynienia z mężczyzną, który czuje się jako kobieta, ma odpowiednie dokumenty, przechodzi test realnego życia. Mamy go traktować jeszcze jako mężczyznę czy już jako kobietę? Pod jakim nazwiskiem? Jaki będzie charakter tego dokumentu? Będzie to podróbka dokumentu tożsamości? A co z prawami wyborczymi? Przecież będziemy mieć do czynienia z osobą o niejasnym statusie prawnym. Pojawiają się pytania, czy w okresie próbnym będzie można na przykład zawierać związki małżeńskie.

Co to w ogóle jest „próbna tożsamość”? Proszę sobie wyobrazić kwestie związane ze staraniami emerytalnymi czy finansowymi, staranie kredyty, leczenie czy zwykłe korzystanie z toalet w miejscach publicznych. Pojawia się kopalnia problemów o charakterze prawnym. A co w sytuacji, kiedy po okresie próbnym zacznie się aplikowanie hormonów, mających „zmienić” płeć danej osoby, a ta jednak wycofa się z dokonywania dalszych zmian (taką możliwość zakłada projekt)? Jeden wielki bałagan i ogromne pole do nadużyć.

Może być również tak, że osoba przejdzie proces „zmian” do końca, otrzyma stosowne zaświadczenie, sąd orzeknie „zmianę płci”, podczas gdy z punktu widzenia medycyny to nie jest możliwe, podobnie jak zresztą zmiana rasy. Żeby nie wiem ile zjeść hormonów i przejść drastycznych operacji chirurgicznych, płci nie da się zmienić. Malowanie całego ciała na żółto czy czarno nie uczyni z nas ani Azjaty, ani Murzyna.

W projekcie widzę usilne dążenia do przeforsowania patologii. Jego twórcy nawet nie spróbowali pochylić się nad osobą, która taki problem przeżywa. Przecież mamy do czynienia z zaburzeniem psychicznym, która w pierwszej kolejności wymaga leczenia, a nie tworzenia ustawy, która tylko ugruntuje to zaburzenie. Lekarze oraz rząd z ministrem Arłukowiczem w pierwszej kolejności powinni podjąć działania, zmierzające do niesienia pomocy takim ludziom, aby zmniejszyć rozdźwięk między metrykalną (fizyczną) płcią a tym, co subiektywnie odczuwa dany człowiek, nie zaś utrwalać zaburzenia.

Twórcy projektu nie przyjmują do wiadomości, że człowiek przechodzi w życiu przez różnego rodzaju cierpienia, doświadczenia, choroby. Tak jest i trzeba to przyjąć. Jeśli ktoś cierpi na chorobę psychiczną i wydaje mu się, że jest kimś innym niż w rzeczywistości, to nie może żądać dostosowania regulacji prawnych do jego odczuwania. Tworzy się „potworki” prawne, które zamiast pomagać ludziom, doprowadzają ich do schizofrenicznego stanu.

Powinniśmy pomagać takim osobom, a nie narażać je na szyderstwa. Nie oszukujmy się – jeśli ludzie widzą coś, co absolutnie odstaje od naturalności i normalności, na przykład mężczyznę przebranego w sukienkę – to się śmieją. Oczywiście, nie powinno tak być, gdyż to wielkie nieszczęście. Ale jeśli to nieszczęście jest eksponowane w majestacie prawa, narzucane jako normalność, to nie da się tego akceptować.

Planowana ustawa jest niedobrą propozycją. Premier Tusk forsuje ją właśnie teraz (podobnie jak ratyfikację konwencji o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet) jako ostatni rzut na taśmę. Liczy na to, że uda się te dwa, skrajnie lewackie, genderowe projekty przeforsować przed kolejnymi wyborami, a tym samym przygotować sobie ewentualną koalicję z SLD czy Ruchem Palikota. Potrzebuje silnego „prezentu”, który zaspokoiłby oczekiwania pewnych środowisk.

Przy okazji, nie rozumiem dlaczego w tym przypadku akurat płeć jest uprzywilejowana. A jeśli ktoś czuje się królikiem, kotem, Napoleonem albo cesarzem, to dlaczego rząd nie ułatwi mu zmiany tożsamości, nie da okresu próbnego, aby sprawdził, czy rzeczywiście jest tym królikiem albo Napoleonem? Płeć jest jednak uprzywilejowana, bo mamy dziś szaleństwo gender, które wmawia ludziom, że liczy się tylko seks i szukanie przyjemności.

 

źródło: http://www.fronda.pl/a/prof-pawlowicz-dla-frondapl-dlaczego-rzad-faworyzuje-plec-a-co-jesli-ktos-czuje-sie-krolikiem-albo-napoleonem-dlaczego-dla-niego-tusk-nie-ma-okresu-probnego,30449.html

Dział: Aktualności

Ministerstwo sprawiedliwości przygotowało nowe procedury „zmiany płci”. Rząd chce skorzystać z procedury, którą w latach 80. ustalili specjaliści od zaburzeń seksualnych. Jej najważniejszym elementem jest próbny okres, tzw. test realnego życia – informuje „Rzeczpospolita”.

Obecnie, aby „zmienić płeć” (to znaczy uznać, że genetyczny mężczyzna jest kobietą lub odwrotnie) trzeba przejść przez skomplikowany proces i pozwać rodziców z powodu błędnego ustalenia płci. Teraz ministerstwo sprawiedliwości proponuje inne rozwiązanie. U jego podstaw leżeć będzie „test realnego życia”. O jego rozpoczęciu i okresie trwania decydować będzie specjalna komisja.To one będzie musiała ocenić, czy zespół dezaprobaty płci ma charakter stały.

Na czas okresu próbnego transseksualista otrzyma specjalny dokument potwierdzający nową tożsamość. Rozpocznie terapię hormonalną, jednak nie będzie mógł jeszcze poddać się nieodwracalnym chirurgicznym zmianom, np. wyglądu genitaliów. Po to, by w okresie próby mógł wycofać się ze swojej decyzji. – Po zakończeniu testu realnego życia sąd wyda orzeczenie o korekcie płci metrykalnej. Wprowadzi zmiany do akt bieżących stanu cywilnego i wyda nowy dowód osobisty. Niezmieniony pozostanie jednak akt urodzenia – tłumaczy „Rzeczpospolitej” wiceminister Michał Królikowski.

Sądy będą działać w uproszczonym postępowaniu nieprocesowym. Po orzeczeniu transseksualista będzie mógł poddać się operacji chirurgicznej.

źródło: http://www.fronda.pl/a/plec-na-probe-teraz-w-polsce,30433.html

Dział: Aktualności

Rzeczpospolita 23.08.2013 r. poinformowała o tym, że minister Agnieszka Kozłowska- Rajewicz zabiega o jak najszybsze ratyfikowanie Konwencji Rady Europy w sprawie przemocy wobec kobiet. Powinien być to sygnał dla parlamentarzystów, którym rzeczywiście sprawy rodzin leżą na sercu, Kościoła, organizacji prorodzinnych, rodziców, do stanowczego sprzeciwienia się tym zamiarom.

 

Konwencja pod obłudnym tytułem zapobiegania przemocy wobec kobiet, zmierza do przeprowadzenia rewolucyjnych zmian prawnych, społecznych i zmian świadomości ludzi na bazie ideologia gender, na której jest oparta ta Konwencja. Gdyby jej nazwa miała być adekwatna do jej treści, to powinna brzmieć: Konwencja ds. walki z tradycyjnym małżeństwem, rodziną, wychowaniem dzieci i kulturą.
 

Zgodnie z ideologią gender już dzisiaj żąda się wprowadzenia obowiązkowej edukacji seksualnej w ujęciu permisywnym już od pierwszej klasy szkoły podstawowej czy nawet w przedszkolach. Środowiska feministyczne zaciekle atakują sprawdzone i dobrze funkcjonujące wychowanie prorodzinne, obecne w programach szkolnych. Żądają rewizji podręczników szkolnych, głównie do biologii, wiedzy o społeczeństwie i wychowania do życia w rodzinie pod kątem „przedstawiania w nich problematyki LGBTQ i tzw. treści homofobicznych” oraz upowszechniania ideologii „gender”. Żądają także zmiany podstaw programów szkolnych, celem wprowadzenia problematyki LGBTQ do nauczania szkolnego i wprowadzenia do edukacji ideologii gender, przy jednoczesnym eliminowaniu treści odzwierciedlających polską historię, tradycję, kulturę i religię.


Ideologia „gender” zakłada, że tym, co definiuje człowieka w zakresie płci, nie jest jego dziedzictwo biologiczne. Płeć traktowana jest jako zjawisko kulturowe, która może być przedmiotem wyboru i ewentualnej zmiany. W ten sposób odrywa nas od naszego ciała, które jest przecież męskie lub kobiece. Zgodnie z tą ideologią wszystko, co w życiu robimy, jest swego rodzaju stereotypem. Do najważniejszych stereotypów, które należy zwalczać, należy pojęcie o naszej męskości lub kobiecości, rodzina, oparta na małżeństwie kobiety i mężczyzny. Wedle ideologii „gender”  stereotypy są tym, co nas zniewala. W ten sposób dokonuje rozkładu społecznego, zakładając, że nic nie jest trwałe i nie ma charakteru obiektywnego. Skoro ciągle możemy zmieniać nasze orientacje życiowe, nie możemy być wierni niczemu. Takie podejście do małżeństwa i rodziny jest rujnujące.


Oto niektóre zagrożenia płynące z Konwecji:


- Konwencja wprowadza genderową definicję płci, która eliminuje jej biologiczny aspekt. Od jej wprowadzenia, dowolnie określone role będą mogły być uznawane za płeć. Przez ten pryzmat będzie realizowana cała Konwencja. Oznacza to odejście od utrwalonej w tradycji europejskiej definicji płci, uwzględniającej biologiczne odmienności kobiety i mężczyzny, która stanowi podstawę dla prawa rodzinnego i osobowego,


- tak zmieniona definicja uderza w więzi rodzinne chronione przez 18 artykuł Konstytucji, nakazujący wspierać związek kobiety i mężczyzny, rodzinę, macierzyństwo i rodzicielstwo, - niewątpliwie ochrona tych podstawowych wspólnot zostanie osłabiona po ewentualnym wprowadzeniu konwencji,


- Konwencja, nakazując uznawać dowolnie określone role i zachowania za wyznacznik płci, otwiera furtkę do instytucjonalizacji tzw.: nowych form rodzinnych, w tym związków tej samej płci;

 

- marginalizuje i czyni odpowiedzialnym za przemoc małżeństwo i rodzinę. Zamiast zatem przeciwdziałać konkretnym przypadkom przemocy, zmierza do rozmontowania tych podstawowych wspólnot,


- wprowadza nadzór ponadnarodowej organizacji nad kwestiami moralnymi i rodzinnymi, co oznacza utratę suwerenności w tym zakresie,


- powstanie administracja z nią związana, a to oznacza znaczne koszty materialne,


- nasili się walka z tzw. stereotypami w książkach i programach szkolnych oraz nacisk na tzw. bezpłciowe wychowanie dzieci. Wyeliminowane zostanie też wychowanie prorodzinne w szkołach w obecnej formie,


- łamie ona standardy równego traktowania kobiet i mężczyzn uznając, że dla jej realizacji można je naruszać,


- ogranicza zjawisko przemocy do kobiet jako jej ofiar i nie dostrzega, że podlegają jej również dzieci, a także mężczyźni, – zatem wypacza rzeczywistość w zakresie ofiar przemocy.


Konwencja podważając znaczenie małżeństwa i rodziny pogłębi takie zjawiska jak coraz późniejsze zwieranie związków małżeńskich, wzrost liczby konkubinatów, rozwodów, a także zmniejszy motywację do posiadania dzieci, bo rodzice będą mieli poczucie, że mają mały wpływ na ich wychowanie. Jednak osłabiając małżeństwo i rodzinę de facto nie przyczyni się do zmniejszenia problemu przemocy. Jeśli zostanie wprowadzona w życie to dotknie każdego z nas, poprzez zmiany w kulturze i edukacji, osłabi nasze rodziny, a przez to społeczeństwo. Pod jej rządami będziemy bardziej osamotnieni, a przez to zależni od różnych instytucji państwa.


 


Antoni Szymański
Autor jest socjologiem, członkiem Zespołu ds. Rodziny Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu Polski.

źródło:http://www.prawy.pl/rodzina/3732-antoni-szymanski-konwencja-do-walki-z-rodzina

Dział: Aktualności
piątek, 23 sierpień 2013 10:05

Urzędnicy - Ręce precz od naszych dzieci

Terlikowski: Odczepcie się od naszych dzieci, czyli do domu urzędnikom wstęp wzbroniony

 

Masz za grube dziecko, za chude, albo za niskie – możesz już zacząć się bać. Jesteś nadopiekuńczy albo za mało zajmujesz się dzieckiem – też nie jesteś bezpieczny. A jeśli, co nie daj Boże, masz najmniejsze podejrzenie problemów psychicznych – to sprawa jeszcze bardziej się komplikuje. W każdej z tych sytuacji mogą zabrać ci dziecko.

I niestety nie jest to przesada. Ostatnie miesiące przynoszą kolejne dowody na potwierdzenie tej tezy. Wczoraj odebrano dzieci matce, u której „podejrzewano” depresję. Nikt jej nie zbadał, a o odebraniu czwórki dzieci zdecydowali urzędnicy. I na nic zdały się zapewnienia o związku dzieci z matką. W innym miejscu zabrano dziecko matce, bo było... za grube, a ją samą uznano za nadopiekuńczą. I to wystarczyło, by dzieci zabrać, bo najwyraźniej urzędnicy uznali, że Dom Dziecka zapewni dziecku wystarczająco mało opieki, by to nie czuło się już rozpieszczone.

Wszystko to (a takich historii jest przecież więcej, o czym napisał Alexander Degrejt) byłoby nawet dość śmieszne, gdyby nie pewien drobiazg. Oto na naszych oczach państwo zaczyna, rękoma urzędników MOPS, niszczyć nasze rodziny. Urzędas może uznać, że nasze dzieci odstają od normy (bo na przykład w rozmaitych skalach znajdują się poniżej lub powyżej normy) i odebrać nam dzieci. Inny specjalista zawsze uzasadni jego decyzję, w imię zasady, że dajcie mi rodzinę, a paragraf zawsze się znajdzie. Może są zbyt opiekuńczy, a może za mało, może dziecko zbytnio im wyrosło (pewnie podają hormony), a może jest za małe (niedokarmione). Grube – cóż przekarmione i przebiałkowane. Chude – znaczy rodzice jedzenia żałują. Rodzice za bardzo troszczy się o dzieci w szpitalu, znaczy kłótliwy, więc może zaszkodzić dziecku. Listę powodów do odebrania dzieci można mnożyć. Urzędnicy zawsze coś znajdą, jak niegdyś bolszewiccy komisarze. Wszystko oczywiście dla dobra dzieci...

I to niestety pokazuje, że od teraz nasze drzwi muszą być zamknięte przed MOPS-em i rozmaitymi innymi urzędami. Państwo z instytucji usługowej, pomocowej, stało się zagrożeniem dla rodziny. I trzeba mieć tego świadomość, zanim zgodzimy się, by do naszego domu wszedł jakikolwiek urzędnik państwa polskiego. Od teraz nasz dom powinien być naszą twierdzą... I to już zupełnie na poważnie.

Tomasz P. Terlikowski

źródło:

http://www.fronda.pl/a/terlikowski-odczepcie-sie-od-naszych-dzieci-czyli-do-domu-urzednikom-wstep-wzbroniony,30248.html

Dział: Aktualności

Wszystkie dzieci nasze są” - śpiewała swego czasu Majka Jeżowska a jej słuchacze, którzy wtenczas ledwie co stawali się nastolatkami, dziś są urzędnikami, sędziami, politykami. A słowa swojej idolki ze szczenięcych lat wzięli sobie głęboko do serca...

Żyjemy w czasach, w których rodzice nie mają już praktycznie żadnej władzy nad swoimi pociechami a ich kompetencje zostały niemalże sprowadzone do tych, jakie miał pracownik PGR odpowiedzialny za trzodę – mają dbać o ich zdrowie, zapewnić dach nad głową, wikt i opierunek, oraz ślepo wykonywać polecenia i nakazy. A wszystko to pod ścisłym nadzorem armii urzędników, której przedstawiciele mogą w każdej chwili zakwestionować te ograniczone do minimum kompetencje i skierować dzieci do placówki wychowawczej. Mówiąc wprost – dzieci w Polsce zostały znacjonalizowane, uznano je za dobro wspólne i jako takie zostały one przekazane pod państwowy zarząd i, niejako przy okazji, pozbawiono podmiotowości. Przykre to, ale prawdziwe, w tzw. „Wolnej Polsce”, dwadzieścia cztery lata po „upadku komuny” zadziałał ten sam mechanizm co w latach powojennych, ustawodawcy i urzędnicy kierując się tymi samymi motywami co komuniści upaństwawiający przemysł i przeprowadzający reformę rolną – stwierdzono, że owo wspólne dobro nie może podlegać „prywatnemu zarządowi”.

Przykłady? Proszę bardzo, by daleko nie szukać wszystkie dotyczą decyzji podjętych przez urzędników i sądy w tym roku.

W kwietniu czwórkę dzieci, chłopców z których najstarszy miał cztery lata, a najmłodszy przyszedł na świat podczas ostatnich świąt wielkanocnych, odebrano matce w Poznaniu. Powód: trudna sytuacja materialna. „Decyzja o odebraniu chłopców była bardzo trudna, ale musieliśmy to zrobić, nie było innego wyjścia. Zawsze w takich sytuacjach kierujemy się dobrem dziecka” - powiedziała dziennikarzowi portalu „Onet.pl” Lidia Leońska, rzeczniczka Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie. W ramach tego „kierowania się dobrem dziecka”, którego zawsze pełne gęby mają urzędnicy, rodzeństwo rozdzielono i umieszczono w dwóch różnych placówkach.

Również w kwietniu w Lublinie odebrano córkę matce gdyż ta... popadła w konflikt z personelem szpitala, w którym przebywały jej dzieci. Wszystko zaczęło się od tego, że u jej dwóch córek podejrzewano grypę żołądkową i zatrzymano je w szpitalu. Kobieta nie odstępowała dziewczynek, mimo że była niespełna pół roku po porodzie personel nie przydzielił jej łóżka ani w żaden inny sposób nie próbował jej pomóc. Kobieta trzy dni koczowała przy łóżeczku kilkumiesięcznej Małgosi doglądając równocześnie starszej córki. Kiedy przyniosła z domu kołdrę nie spodobało się to lekarzom. Kiedy dziewczynkę umieszczono na oddziale chorób zakaźnych szpitala we Wrocławiu tamtejszy personel już wiedział, że kobieta jest „dziwna”, że zachowuje się „niepokojąco”, oraz że jest „konfliktowa”. Powiadomili sąd, który stwierdził, że dobro dziecka jest zagrożone i nakazał umieszczenie go w placówce opiekuńczej.

W lipcu w Warszawie samotnej matce siłą odebrano dwójkę dzieci, jedenastoletniego syna i czteroletnią córkę. Druga córka, niespełna roczna, pozostała przy matce tylko dlatego, że podczas interwencji funkcjonariuszy pomocy społecznej wspieranych przez policję doznała urazu głowy – w wyniku szarpaniny matka trzymająca dziecko na ręku przewróciła się: „...funkcjonariusze policji przewrócili mnie wraz z dzieckiem. W wyniku upadku zostałam zraniona w łokieć, a głowa Hani została rozbita...” - relacjonuje kobieta.  Najbardziej jednak kuriozalny był powód, dla którego urzędnicy zdecydowali się „przejąć” dzieci – otóż kobieta wyszła do sklepu pozostawiając młodsze rodzeństwo pod opieką najstarszego syna. To wystarczyło, by biurokraci dopatrzyli się zaniedbań i pozostawienia dzieci bez opieki.

I przykład najświeższy, a zarazem najbardziej niepokojący. Bydgoski sąd rejonowy nakazał odebranie i umieszczenie w placówkach opiekuńczych czwórki chłopców matce, gdyż ta „prawdopodobnie cierpi na depresję”. Kobieta nie czekając na interwencję i siłowe wykonanie nakazu ucieka wraz z dziećmi. O pośpiechu, w jakim opuszczała miejsce zamieszkania świadczyć mogą pozostawione w ogródku rowery i zabawki, nie było czasu na ich schowanie. Co się dzieje z kobietą i dziećmi? Tego nikt nie wie, policja prowadzi poszukiwania, ale na razie bez skutku. A jeżeli podejrzenie o depresję okaże się prawdziwe i kobieta zdecyduje się na podjęcie „decyzji ostatecznej” to, mogę się założyć, cała wina spadnie na pomoc społeczną i sąd, ale nie dlatego, że dzieci odebrał, ale dlatego, że nieskutecznie. Tymczasem właśnie decyzja o rozbiciu rodziny (bo jak inaczej ją nazwać) może spowodować nawrót choroby i...

To cztery przykłady, powie ktoś – niewiele. Ale za każdym z nich kryje się ludzki dramat i urzędnicza bezduszność, dziecięce cierpienie i zimna litera prawa. Ślepa Temida nie widzi przerażonych twarzyczek wyrywanych matkom dzieci, ale w naszym pięknym kraju jest do tego głucha jak pień i nie słyszy ich szlochu. A służący jej urzędnicy stawiają ptaszka przy kolejnym odwalonym zadaniu i ruszają do walki na kolejnym odcinku. By żyło się lepiej, by kraj rósł w siłę a socjalizm zwyciężał. Łzy wyschną, rany się zabliźnią, ważne, żeby statystyki wyglądały dobrze, żeby można się było pochwalić skutecznością i zasłużyć na pochwałę naczalstwa. Szlag niech to wszystko ciężki i nieustający trafi...

 

 

źródło:

http://www.fronda.pl/a/wladza-rodzicow-nad-dziecmi-taka-sama-jak-pracownika-pgru-nad-trzoda,30239.html

Dział: Aktualności
sobota, 08 czerwiec 2013 22:28

Zadania dla każdego z nas

Konieczne zadania

 

Szerokie informowanie znajomych  o ideologii gender - tu  potrzebna jest wiedza, należy samemu dobrze ją zgłębić.

Każdy rodzic musi sprawdzić czego nauczane jest jego dziecko w szkole - od podstawówki do liceum. Sprawdzanie podręczników, rozmowa z dyrekcją i jej kontrolowanie, tworzenie grup rodziców gotowych bronić swoich dzieci.

Włączanie się do trójek klasowych, rad rodziców w celu kontroli szkoły z tego poziomu - bardzo ważne zadanie, przed któym nie wolno się uchylać.

Tworzenie lokalnych struktur, kół, stowarzyszeń przeciw genderowych - razem będzie łatwiej niż w pojedynkę.

Zapisywanie się do naszej inicjatywy, łączenie w jedno wszystkich ludzi dobrej woli - im więcej nas będzie tym łatwiej odeprzemy to niebezpieczeństwo.

Nacisk na władze samorządowe żeby chroniły dzieci przed złym wpływem tych szkół i dyrekcji zainteresowanych w szerzeniu ideologii. Samorządy mają prawo i obowiązek dbać o zdrową  edukację naszych dzieci.

Organizowanie konferencji i wykładów w szkołach , samorządach, wspólnotach na temat zagrożenia gender.

Lokalne protesty przed kuratoriami - w miarę możliwości gdy będzie duża grupa rodziców.

 

Pisanie wszelkich protestów, petycji do MEN,  a szczególnie władz samorządowych że nie wolno bez zgody rodziców na demoralizację naszych dzieci.

Rozdawanie ulotek informacyjnych w szkołach, parafiach, wspólnotach, wśród mieszkańców - rozmowa, rozmowa, rozmowa,  tłumaczenie o zagrożeniu.

 

Uwaga materiały z tej strony, ulotki można pobierać, drukować, przesyłać swoim znajomym.  Prosimy o namawianie innych oraz wstępowanie do nas na zasadzie, członka, współpracowanika, sympatyka lub kogoś kto chce być choćby tylko reperezentowanym przez naszą inicjatywę przed rządem i MEN w celu sprzeciwu.

Potrzebujemy każdego czynu, nawet najdrobniejszego. Osoby wierzące w Boga prosimy o modlitwę, wszelkie ofiary (np.  post) w naszej intencji.

Dział: różne

Wideo