poniedziałek, 09 maj 2016 00:00

Czy naród ocaleje? kilka refleksji o Polsce.

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Demografia w Polsce - czy naród ocaleje ?

 

Jest Rok 1946, w Polsce trwa wojna z sowieckim okupantem, naród po II wojnie światowej wyniszczony demograficznie, okradziony z majątków, zniszczone domy, przedsiębiorstwa. Nie ma w Polsce rodziny, która nie opłakiwała by najbliższych. Mimo wszystko w tym roku urodziło się blisko 640 tys. żywych niemowląt, by poprzez lata terroru stalinowskiego do 1958, dojść do blisko 800 tys. urodzeń. Potem przez ok. 10 lat następuje spadek do 600 tys., ponieważ wojna odcisnęła swoje piętno i wielu z tych co mogło by mieć dzieci w latach 60 zginęło na wojnie. Dodatkowo komuniści w 1956 r. pozwalają na legalną aborcję. Ale od 1967 aż do 1986 roku następuje ciągły przyrost urodzeń by osiągnąć poziom ponad 700 tys. urodzeń żywych dzieci. Przypomnijmy, iż właśnie mniej więcej w tym czasie(połowa lat osiemdziesiątych) do Polski trafia tsunami filmów pornograficznych a wypożyczane kasetowe magnetowidy, skupiają całe wioski młodzieńców oglądających niemieckie porno. Pigułka antykoncepcyjna dostępna od późnych lat 60, już dwadzieścia lat później jest dość szeroko stosowana. Spadek liczby urodzeń trwa do 2003 r. (ok. 350 tys.) by utrzymywać się na podobnym poziomie do dziś. Takie są fakty, co do liczb. Trzeba by dodać tylko, że w czasach ustawy aborcyjnej 1956-1993 wymordowano w Polsce ponad 20 milionów dzieci nienarodzonych.

Co jest prawdziwą przyczyną tego dramatycznego stanu rzeczy? Dlaczego tuż po wojnie, w tak dramatycznych okolicznościach gospodarczych i politycznych naród rozmnażał się i był w stanie odrobić wojenne straty, podczas gdy dziś w warunkach pokoju i naprawdę względnego dobrobytu iść w stronę samozagłady, biologicznego wyginięcia?. Na to pytanie niewielu dziś odpowiada uczciwie. Wszyscy załamują ręce i szukają przyczyn w małych dopłatach i socjalnym zabezpieczeniu a prawda niestety jest inna. Nie tylko w Polsce, ale także w całej Europie gdzie mieszka biały człowiek zjawisko jest takie samo – kobiety przestały rodzić dzieci, a w zamian za to, masowo je zabijają przed narodzeniem. Dzieje się to, podkreślmy raz jeszcze w czasach niebywałego dobrobytu i pokoju przy bogatym socjalnym wsparciu państw. Gdzie szukać korzenia tego zła?. Wydaje się, że pierwsze zalążki są w myśli oświeceniowej i masońskiej rewolucji francuskiej, jednak tak naprawdę to Marks i Engels w swoich ideologiach opracowali szczegółowo program zniszczenia rodziny, który to potem realizowali komuniści i miedzynarodówka socjalistyczna. Oczywiście swoją „prawdę” dołożyli kolejno György Lukács, Antonio Gramsci i oczywiście szkoła frankfurcka. Opracowano plan rozłożony na dziesiątki lat, którego celem było kilka podstawowych rzeczy, ale szczególnie chodziło o typową rodzinę oraz moralność chrześcijańską. To było celem ataku. Kiedy do tego doszła technologia w postaci pigułki antykoncepcyjnej plus telewizja która zaczęła docierać  do każdego zakątka ziemi, do najdalej położonej wsi, to proces rewolucji kulturowej mógł zacząć pracować pełną parą. Tak więc wydarzenia końca lat 60 ubiegłego wieku, gdzie propagowano wolny seks bez zobowiązań, kulturę wyżycia bez konieczności rodzenia dzieci, były dla inżynierów społecznych momentem przełomowym. Zapanowano nam umysłami miliardów ludzi na świecie. Polska oczywiście nie pozostała w tyle tych wydarzeń. Umysły wielu Polaków nie rozumieją już innego myślenia niż to, że liczy się tylko moje „ja” i mój całkowicie samolubny stosunek do rzeczywistości. Kobiety w Polsce nie mają dzieci, bo ich mieć nie chcą! Rodziny polskie, nawet te chrześcijańskie i to nawet te które wierzą dość głęboko w Boga, planują potomstwo i to tak planują, żeby tych dzieci mieć jak najmniej. W ogóle słowo „planowanie rodziny”, które przejął Kościół ma moim zdaniem korzenie marksistowskie. Tak więc nawet katolik wierzący dzieci posiada bardzo mało, katolik kulturowy jeszcze mniej, post-chrześcijanin jeszcze mniej a wielu pozostałych wcale. Liczą się wakacje, zdobywanie wykształcenia, rozwój zawodowy, kariera, generalnie hedonizm dominuje, ale dzietność nie. Dzieci bowiem, szczególnie większa ich gromadka (każdy kto ma czwórkę i więcej, wie o czy mówię) to praca od rana do wieczora, najczęściej także skromne życie, brak czasu dla siebie i na swoje wygody. Trzeba siebie oddać dzieciom, ale żeby to zrobić, nie można być samolubem. Tego jednak nie uczy dzisiejsza kultura, wręcz odwrotnie. Kultura wspomagana, przepisami państwowymi niszczy wielodzietność a człowiek post-chrześcijański, nie jest w stanie stawić temu czoła. Zachodnie kraje uruchomiły bardzo duże środki wspomagające dzietność. Niemcy, Francja, Skandynawia przeznaczają ogromne sumy na politykę pronatalistyczną. Cóż z tego kiedy z tej polityki korzystają wyłącznie muzułmanie ze swoją zamkniętą religijno-fundamentalistyczną kulturą. Białe kobiety w Europie nie korzystają z tego. Dzietność średnia we Francji to 2,4 dziecka na kobietę, licząc oczywiście w tym muzułmanki które mają po siedmioro dzieci a białe Francuzki pewnie mniej więcej tyle co Polki albo i mniej. Mimo bogatego socjału. Zresztą większej głupoty i schizofrenii nie można dostrzec jak właśnie w rządach państw zachodnich, które z jednej strony wprowadzają dopłaty do dzieci a z drugiej „wartościami europejskimi” niszczą najważniejszą tkankę społeczną, jaką jest rodzina złożona z mężczyzny i kobiety. Przymusowa seksualizacja dzieci w szkołach, przecież nie wychowuje do dzietności tylko do rozwiązłości.

Dziś w Polsce mamy wielką dyskusję na temat programu „500+”. Dobrze, że wszedł ten program, nieliczne wielodzietne rodziny odetchną od strachu o jutro. Niemniej jednak te pieniądze nie przyniosą oczekiwanego efektu demograficznego, ponieważ umysły i serca Polaków i Polek są zatrute. Ludzie nie chcą mieć dzieci, bo to obowiązek i trud. A my chcemy się bawić, żyć, opalać na plażach, mieć fajne samochody itd. Twierdzę z całą odpowiedzialnością, że dopóki rząd Beaty Szydło i jakikolwiek następny, nie rozpocznie realnej pracy nad zmianą kultury, zmianą myślenia, nastawienia pronatalistycznego, dopóki nie odtruje zainfekowanych umysłów, żadne 500 plus nie pomoże, aby dzisiejsze pięknoduchy ukształtowane na egoistycznych serialach i papce medialnej mogły zacząć chcieć powrócić do korzeni i prawdy. Zresztą w tej sprawie ogromny grzech zaniedbania ma Kościół  klerykalny i laikat. Dzisiejsze kursy przedmałżeńskie to generalnie kpina. Młodzi uczeni są jak uniknąć potomstwa poprzez tzw. naturalne planowanie rodziny. Nie mają jeszcze dzieci, a już są uczeni jak ich uniknąć. No i unikają, jedni bardziej zgodnie z nauką Kościoła, inni mniej. Niejedna kościółkowa  mama mówi swojej córce – „nie jesteś królicą, jedno dziecko wystarczy”. Efekty widać gołym okiem. Zresztą tych zaniedbań jest wiele i to w każdym temacie, ale na poziomie nauczania pierwszego przykazania z Księgi Rodzaju

„idźcie i rozmnażajcie się” to już prawdziwy dramat. Ponieważ jestem we wspólnocie Domowego Kościoła, to czasem docierają do mnie niektóre świadectwa młodych, jak to czekają z nocą poślubną, aż dni płodne przeminą. Gdzie te chłopy? – śpiewała kiedyś pewna piosenkarka.

 

Remedium!

Czy jest jeszcze ratunek z tej przepaści? Wiele bym dał temu, kto potrafił by odwrócić samobójczy bieg narodu polskiego i generalnie białego człowieka w stronę śmierci. Niemniej jednak wydaje mi się, że należało by podjąć pracę na dwóch frontach. Pierwszy krok powinien należeć do Kościoła. Biskupi są przed Bogiem odpowiedzialni za stan wiary i kondycję narodu, szczególnie tego który jeszcze chodzi do Kościoła. Potężna praca nad odzyskaniem i odbudowaniem kultury chrześcijańskiej wśród katolików. Powrót do korzeni wiary, odkurzenie w sercach Dziesięciu Przykazań, katecheza dla dorosłych i dzieci w Kościele. Duszpasterstwo Sakramentów, często takie suche i schematyczne coraz mniej przyciąga. Wspólnota kościelna nie istnieje. Są ludzie wchodzący raz na tydzień do Kościoła i raz na tydzień z niego wychodzący. My się nie znamy jako chrześcijanie, siedzimy obok siebie jak obcy w ławkach kościelnych. Żeby się poznać i razem żyć dla Ewangelii trzeba czegoś więcej, dużo więcej. Oczywiście nauka o Ewangelii o Chrystusie Panu musi być głoszona z mocą i wiarą, jeśli nie chcemy podzielić losów kościołów zachodnich, a widać że jesteśmy na podobnej drodze co oni 30-40 lat temu. Tu trzeba mądrości by postawić dobrą diagnozę co dalej z naszą wiarą w Polsce. Tym bardziej co z dzietnością. Powiedzmy sobie szczerze, każdy z nas jako wierzący katolik ma ten obowiązek podjąć, by zacząć pracę nad rechrystianizacją Polski.

Drugi front również ważny to zadanie dla rządu polskiego. Trzeba wyłożyć i dużo dobrej woli i dużo pieniędzy na kulturową przemianą społeczeństwa. Lewica skradła umysły poprzez kulturę i media, my musimy iść tą samą drogą tylko w drugą stronę. Telewizję publiczną trzeba wyczyścić z lewackiego myślenia, z seriali propagujących rozwiązłość i głupotę, na to miejsce promować wartość rodziny, macierzyństwa i wartości narodowych. Zacznijmy wreszcie promować dobro i piękno, zacznijmy tworzyć prawdziwą Wielką Kulturę a wycofajmy ohydę i bluźnierstwo z przestrzeni publicznej. Lewica sączy nam do głów od 100 lat swoje obrzydliwości, trzeba z tym skończyć, i to jest zadanie dla rządu. Dlaczego nie ma promowania w telewizji wielodzietności, ukazywania piękna wierności małżeńskiej, programów i filmów o narodowej dumie? Potężna praca i wyzwanie czeka tych którzy chcą odzyskać Polskę z rąk niegodziwców. Polska cały czas jest państwem kolonialnym. I pod względem gospodarczym i pod względem kulturowym i pod względem politycznym.

Trzecim sądzę sposobem na zwiększenie dzietności było by mądre zreformowanie systemu emerytalnego, tak  aby ludzie którzy mają dzieci mieli wyraźne przywileje emerytalne w stosunku do tych którzy dzieci nie mają. Powiązanie emerytury z dzietnością. Im więcej masz dzieci, tym wyższa i wcześniejsza emerytura. Im mniej, tym bardziej wydłużony czas pracy i większa osobista odpowiedzialność za swoją starość. Związek między emeryturą a dzietnością musi być oczywisty.

Temat jest ogromny i nie sposób tu choćby zarysować wszystkich przyczyn zapaści demograficznej, ale jedną rzecz trzeba powtarzać. To nie z braku bogactwa małżeństwa nie mają dzieci. Nie mają, bo NIE CHCĄ ICH MIEĆ. Jedna z moich znajomych na pytanie – za ile pieniędzy urodzisz trzecie dziecko? - odpowiedziała – nie ma takich pieniędzy. Ja chcę już tylko wygodnie i spokojnie żyć. Kobieta dość młoda, chodząca do kościoła. Od prawdy nie uciekniemy.

 

 

Piotr Zajkowski

Ojciec na razie czwórki dzieci, mąż jednej żony.

Komentarze   

0 #2 Autor 2016-11-01 18:56
Droga Pani, tak słusznie Pani zauważyła prześladowanie ze strony urzędników. Zwłaszcza szczepionki są tu szczególnym przykładem. Jednak czy lepiej było w czasach okupacji ? a jednak ludzie mieli dzieci. Rozumiem że może być trudno mieć 6 dzieci. Ale mieć jedno i mówić że ciężko - to przesada i nadużycie
Cytować
+1 #1 ewka 2016-09-29 07:24
Pozostaje jeszcze nie poruszona w artykule kwestia, że dzieci od małego nie należą do rodziców. nigdy w historii nie było takiej sytuacji, dziś jest przymus szczepień, demoralizującej szkoły, w razie biedy zabierają dzieci, i nie ma zmiłuj się. to też ma wpływ na posiadanie dzieci u ludzi. dziś posiadanie dziecka i dążenie by go wychować dla nieba to WALKA z całym systemem, z otoczeniem, to naprawdę heroizm. brakuje mi tu tych tematów. z jednym dzieckiem jest ciężko, a jak jest ich więcej?
Cytować

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Wideo